poniedziałek, 10 lipca 2017

Lone Sloane - Philippe Druillet

Pierwotnie tekst ukazał się na łamach Wirtualnej Polski

Tytułowy Lone Sloane jest bohaterem wyjętym z kart innego komiksu Philippe Druilleta - z epickiej trylogii "Salambo" mieszającej wątki z osadzonej w starożytności powieści Gustave Flauberta ze stylistyką sience fiction. To gwiezdny pirat i awanturnik, któremu nie straszne żadne kosmiczne bitwy i niebezpieczeństwa. W "Salambo" był jedną z wielu postaci wokół których zbudowana była fabuła, jednak Druillet polubił go na tyle, że po zakończeniu pracy nad trylogią postanowił poświęcić mu całą serię komiksów. 

Na niniejszy album składa się kilka historii – sześć krótkich i dwie dłuższe – które napisali zaproszeni przez autora scenarzyści. Nie będę jednak rozwodził się nad ich treścią, bo prawda jest taka że w komiksach Druilleta fabuła nie jest aż tak istotna jak forma. Czytając jego opowieści stykamy się z niezwykle rozbuchaną kompozycją plansz, jak i całostronicowymi obrazami będącymi niczym innym niż dziełami sztuki, które z powodzeniem moglibyśmy wyjąć z komiksu i powiesić na ścianie galerii. Gęsto zarysowane karty często przedstawiają wielkie kosmiczne bitwy, futurystyczne budowle i gwiezdne pojazdy. Rysując ten tom przygód Lone Sloane, Druillet nie wahał się też dosłownie cytować klasyków grafiki, bo znajdziemy tu bardzo wyraźne zapożyczenia z twórczości M. C. Eschera. Komponując swoje efektowne plansze, chętnie sięga też do spuścizny artystów secesyjnych.

 Mimo iż Druillet jest znakomitym narratorem graficznym, tworząc swoje słynne "Salambo" poległ pod rozbuchaną, kwiecistą prozą Flauberta – poszedł na skróty korzystając ze zbyt dużej ilości tekstu przy opisywaniu końcowych bitw. Na szczęście uczył się na błędach, i w tym tomie nie ma już takiego nawału warstwy literackiej. Tekstu jest sporo, ale to już nie proza opisująca zdarzenia, a typowe komiksowe komunikaty uzupełniające fantastycznie skomponowane plansze. Widać, że praca ze scenarzystami wpłynęła bardzo korzystnie na myślenie Druilleta o narracji obrazem, a w konsekwencji na jakość jego twórczości.

 Pierwotnie komiks ten (prócz ostatniej zamieszczonej w tym zbiorze opowieści, która powstała między 1986 a 2010 rokiem) publikowany był w pierwszej połowie lat 70. Wtedy był futurystyczny i nowoczesny. Dziś odbiera się go jako dzieło retro. Patrząc na rysunki Druilleta jestem zachwycony, jednak zagłębiając się w lekturze nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dostaliśmy "Lone Sloane" o kilka dekad za późno. By w pełni go docenić warto mieć w pamięci, że czytamy komiks na wielu poziomach przełomowy i ważny dla rozwoju gatunku, który niestety został nadgryziony zębem czasu. Niemniej, przy odrobinie dobrej woli ze strony czytelnika świat Loane Sloane dalej może oczarować, a już na pewno zrobią to grafiki Druilleta bo te – zapewniam - potrafią zaprzeć dech w piersiach.


sobota, 1 lipca 2017

Czarna Wdowa - powrót do domu




Niedawno pisałem o flagowej kobiecej postaci z uniwersum DC: Wonder Woman. Teraz przyszło mi zajrzeć do komiksu o babeczce z Marvela - słynnej Czarnej Wdowie, którą wcześniej znałem tylko  z kreacji Scarlett Johansson w filmach o Kapitanie Ameryce i Avengersach. 

Tom zawiera dwie powiązane ze sobą historie, napisane przez Richarda K. Morgana. Pierwsza, „Powrót do domu” to typowa szpiegowska opowieść w której „Czarna Wdowa”, będąca już na emeryturze (przed czterdziestką SIC!), będzie musiała zmierzyć się z faktem, że nie umknie przed własną burzliwą przeszłością. To poprawnie napisana, ale też sztampowa i nudnawa historia. Niemniej muszę też przyznać, że nie jestem miłośnikiem opowieści szpiegowskich, więc może dlatego się z nią mijam.  W drugiej historii zatytułowanej „Czego to o niej nie mówią” Czarna Wdowa wchodzi w szranki ze zorganizowaną przestępczością i wszechmocnymi korporacjami. To komiks usytuowany bliżej konwencji sensacyjnej, a do tego gościnnie występuje w niej mój ulubieniec Daredevil.  Opowieść ta wypada znacznie lepiej od pierwszej. Widać, że Richard K. Morgan rozkręcił się i złapał wiatr w żagle, tym samym kierując historię na właściwe tory. 



W „Czarnej Wdowie” mamy prawdziwą paradę znakomitych grafików. Rysunki robili tu Bill Sienkiewicz, Goran Parlov i Sean Phillips. Niestety grafiki Sienkiewicza nie pasują do komputerowo nakładanych kolorów. Jego talent i potencjał został całkowicie zmarnowany. Znając prace tego rysownika i patrząc na to co im zrobiono, nie przychodzi mi na język inne słowo niż „wandalizm”, i nasuwa się refleksja, że cyfrowe kolory to najgorsza rzecz jaka spotkała komercyjny przemysł komiksowy. Goran Parlov swoimi grafikami nie wychodzi ponad przeciętność. Najlepiej prezentują się prace Seana Phillipsa, którego rysunki zazwyczaj świetnie wypadają z digitalizowanymi kolorami. 

Sięgając po „Czarną Wdowę” nie miałem wygórowanych oczekiwań. Liczyłem na dobry sensacyjny komiks na nadchodzące wakacje. Efekt zadowolenia z lektury wywołała tylko druga część albumu. W ogólnym rozrachunku jest to jednak całkiem przyzwoicie zrobione czytadło. Niemniej muszę przyznać, że nie czuję mięty do Czarnej Wdowy, a przecież super groźna, śmiercionośna laska-szpieg to kobitka w moim typie.