czwartek, 4 stycznia 2018

Batman/Sędzia Dredd. Wszystkie spotkania

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski 


"Batman/Sędzia Dredd. Wszystkie spotkania" to zbiór klasycznych już komiksów, na kartach których występują obok siebie dwie flagowe postacie z dwóch rożnych uniwersów: amerykańskiego DC Comics i brytyjskiego 2000AD. Fachowo zabieg łączenia światów nazywa się "crossoverem". Niniejszy zbiór komiksów jest wzorcowym przykładem opowieści tego typu.

Scenariusze do wszystkich zebranych tu historii napisali Alan Grant i John Wagner. Natomiast grafikami zajęła się cała armia cenionych rysowników. Co istotne, niemal wszyscy twórcy pochodzili z Wielkiej Brytanii. Jest to swoisty znak czasu i znakomity przykład brytyjskiej inwazji na amerykański rynek komiksowy, która nastąpiła na przełomie lat 80. i 90.  

Pierwsza i zarazem najsłynniejsza opowieść znajdująca się w tym zbiorze to "Sąd nad Gotham" ilustrowany przez znakomitego brytyjskiego rysownika Simona Bisleya. W naszym kraju to komiks kultowy, znany jeszcze z wydania które ukazało się w latach 90. W mieście Batmana, Gotham pojawia się Sędzia Śmierć, jeden z Mrocznych Sędziów, antagonista Dredda zabijający każdego napotkanego na swej drodze człowieka. Tymczasem Batman przypadkowo przenosi się do Mega City One, gdzie popada w kłopoty z prawem. Dredd nie ma zamiaru odpuszczać Nietoperzowi i chce go wsadzić do paki, za latanie po mieście w dziwnym stroju. Na szczęście Batman spotyka na swojej drodze piękną Sędzinę Anderson, która pomaga mu wrócić do Gotham. Jego śladem podąża Dredd, aż w końcu razem stawiają czoła Sędziemu Śmierć. Nawet jeśli fabuła tego komiksu jest dość pretekstowa, to daje szansę wykazać się Bisleyowi, którego grafiki to szalona jazda bez trzymanki. Jego prace to styl realistyczny, ale z charakterystyczną dla niego mocno przegiętą, nieco karykaturalną manierą, podkreśloną przez bardzo efektowne barwy nałożone między innymi za pomocą aerografu, miniaturowego pistoleciku do rozpylania farby przez strumień sprzężonego powietrza (niektóre źródła podają, że korzysta z pistoletu do lakierów samochodowych – jakby nie było to bardzo podobna technika), co poskutkowało bardzo udanym efektem bliskim hiperrealizmu. Opowieść ta staje się nie jako wzorem, matrycą tego jak mają wyglądać późniejsze spotkania Nietoperza i Dredda. 



Druga zebrana w tym tomie historia to "Wendeta w Gotham", którą zilustrował Cam Kennedy. To jednozeszytowa, krótka opowieść o tym jak Dredd pojawia się w Gotham, by ostrzec Batmana przed zamachem bombowym, którego chce dokonać łotr znany w uniwersum Nietoperza jako Brzuchomówca. Historia ta narysowana jest typową realistyczną kreską, bez większych fajerwerków. Kennedy nie jest mistrzem komiksu i jego ilustracje nie robią takiego wrażenia jak rozbuchany styl Bisleya, ale ze swojego zadania wywiązał się dobrze. Z wszystkich zawartych tu albumów o Batmanie i Dreddzie ten najmniej wpisuje się w stylistykę graficzną wypracowaną w pierwszej części.  

Trzecia opowieść to "Ostateczna Zagadka". Przy jej ilustrowaniu pracowało dwóch rysowników Carl Critchlow i Dermot Power. W komiksie tym Batman i Dredd zostają porwani przez kosmicznego cesarza Xero i zmuszeni do wzięcia udziału w igrzyskach łowieckich w których człowiek-nietoperz będzie zwierzyną, a sędzia jednym z łowców. Opowieść nie zachwyca od strony fabularnej, ale graficy stanęli na wysokości zadania i próbują dorównać wysokiemu poziomowi jaki wyznaczył Bisley. Znów w ruch idzie aerograf, dzięki któremu na rysunki nałożono bardzo efektowne kolory i fantastyczne cieniowanie. Komiks ten jest pełen akcji, przez co twórcy mają okazje zaprezentować się z dobrej strony i uchwycić w swoich rysunkach sporo dynamiki.  



Czwarty tytuł zawarty w tej antologii to niewiele mniej znany niż "Sąd nad Gotham" album "Uśmiech Śmierci", który pierwszy raz w naszym kraju ukazał się w 1999 r. W historii tej Joker przenosi się do Mega City One, gdzie wchodzi w konszachty z Mrocznymi Sędziami, śmiertelnie groźnymi przeciwnikami Dredda. Jego tropem oczywiście ruszają nasi bohaterowie. Rysunkami do tej opowieści zajęli się Jim Murray i Glenn Fabry (w naszym kraju znany głównie z okładek do słynnej serii "Kaznodzieja" i jako ilustrator cyklu "Slaine"), którzy obaj tworzą w podobnej do Bisleya poetyce. Ten drugi zresztą niemal dorównuje mu talentem, a przy tym, ma wyrobiony swój własny niepowtarzalny styl. Barwy znów są bardzo malarskie i podkreślają mroczną atmosferę tej opowieści. 

 Ostatnią historią, niejako bonusową (nie jest nawet wymieniona na okładce) jest komiks opowiadający o spotkaniu Dredda z Lobo. Nie występuje tu wcale Batman, i z cyklem łączą ją tylko osoby scenarzystów. To dynamiczna, pełna akcji historia w której przypadkowo przecinają się ścieżki obu bohaterów. Niemniej nie jest to nic szczególnie dobrego w porównaniu do solowych występów Dredda i Lobo, i redaktorzy komponujący skład tego tomu mogli sobie ją darować. Komiks narysowany jest bardzo klasycznie przez Vala Semeiksa i ma komputerowo nałożone kolory, co bardzo wyróżnia go spośród innych zebranych tu historii.


 Album ukazał się w Egmontowskim standardzie DC Deluxe, co oznacza, że ma lekko powiększony format, twardą płócienną oprawę i obwolutę która została ozdobiona grafiką Mike'a Mignoli twórcy "Hellboya". Tym wszystkim wodotryskom oczywiście towarzyszy wysoka jakość druku, a zebrane tu komiksy znakomicie prezentują się na kredowym papierze. To bardzo dobrze, bo w końcu efektowne rysunki są największą zaletą tych opowieści. Mimo iż połączenie obu uniwersów było zabiegiem stricte komercyjnym, to moim zdaniem w naszym kraju grupa docelowa nie jest znów aż tak szeroka. Historie zawarte w tym tomie nie są złe, ale to pozycja kierowana raczej do żelaznych fanów Batmana i Dredda, niż do kogoś kto chce przeczytać bardzo dobry komiks.

sobota, 23 grudnia 2017

Blacksad

Tekst pierwotnie ukazał się na stronach Wirtualnej Polski



Wydawnictwo Egmont wie, że rynek poszerzył się w ostatnich latach i nie wszyscy z obecnych odbiorców zainteresowanych medium mieli szansę przeczytać znakomite, klasyczne pozycje, które wychodziły w naszym kraju przeszło dekadę temu. Z okazji świąt do księgarń trafia więc kolejna porcja fantastycznych wznowień. Jednym z nich jest "Blacksad", seria której na nowo wydrukowano trzy dawno wyprzedane tomy: "Pośród cieni", "Arktyczni" i "Piekło, spokój".

Komiks stworzony został przez dwójkę Hiszpanów: pisarza Juana Diaz Canalesa i rysownika Juanjo Guarnido. Szukając dla niego miejsca w gatunkach, najtrafniej będzie określić go jako klasyczny czarny kryminał, ale nie do końca typowy, bo ze zwierzęcymi bohaterami osadzonymi w rolach głównych. Niemniej, akcja nie rozgrywa się w świecie przyrody, a na ulicach asfaltowej dżungli, realiach bratnio podobnych do ameryki z pierwszej połowy XX wieku. Postacie to zwierzęta, ale narysowane jako humanoidalne istoty, mówiące i noszące charakterystyczne dla tamtej epoki ubrania. Głównym bohaterem historii jest prywatny detektyw, czarny kot John Blacksad który, niczym legendarny detektyw Philip Marlowe z kart powieści Chandlera w każdym tomie zmaga się z jakąś kryminalną zagadką. Zresztą, opowieść garściami czerpie z literackich i filmowych przedstawicieli nurtu noir i neo noir - od wspomnianego Chandlera, przez ikoniczne obrazy z Humphreyem Bogartem, po bardziej współczesne twory jak film "Harry Angel". Zapewne nie skłamię też, jeśli powiem, że po niemal dwóch dekadach od premiery sama stała się już klasyką gatunku. 



 Świat przedstawiony przez autorów to tętniący życiem, zróżnicowany etnicznie tygiel. Postacie występujące w tym komiksie są najróżniejszych gatunków (psy, ptaki, niedźwiedzie, lisy, jaszczurki i inne gady), co bardzo kreatywnie wykorzystali twórcy, którzy prócz typowych kryminalnych opowieści obszernie poruszają tu problem rasizmu i odmienności. Prócz tego seria porusza też inne ważkie tematy społeczno-polityczne charakterystyczne dla okresu historycznego w którym dzieje się akcja (przykładowo trzeci tom – który akurat nie został wznowiony - kręci się wkoło nagonki na komunistów epoki Makkartyzmu), co czyni ten komiks opowieścią odrobinę głębszą, z przesłaniem nieco wykraczającym poza ramy czarnego kryminału. 

Od strony plastycznej albumy o "Blacksadzie" to prawdziwa perełka. Zwierzęta występujące w tej historii nie tylko są człekokształtne, ale i narysowane do bólu realistyczną kreską, a wszelkie tła – stare samochody, architektura, pejzaże tętniącego życiem miasta - są znakomicie oddane i genialnie portretują Amerykę przełomu lat 40. i 50. co daje niesamowity efekt końcowy. Nie jestem w stanie wymienić drugiego komiksu, w którym tak znakomicie wykorzystano by tak nietypowe środki wyrazu, co czyni z "Blacksada" dzieło jeszcze bardziej unikalne, którego lektura jest niezapomnianym przeżyciem. Wydźwięk historii podkreślają stonowane, niby jesienne barwy które idealnie podkreślają nietypowy, ale zarazem przecież niezwykle realistyczny styl tej opowieści.  



"Blacksad" uhonorowany został wieloma nagrodami po obu stronach oceanu. Pisząc o nim tekst nie pozostaje mi nic innego jak tylko wtórować wszelkim zachwytom i polecać go jako prezent-pewniak na tegoroczną gwiazdkę. Zapewniam, że to pozycja o szerokim targecie, do tego tak efektownie wydana (format powiększony nawet w stosunku do europejskich komiksów) i namalowana, że ucieszy nie tylko miłośników komiksu, ale każdego kto ceni dobre kryminały lub po prostu piękne książki.

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Hellboy. Tom 1 - Mike Mignola

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski 



Przez lata od pierwszej publikacji "Hellboy" stał się dziełem kultowym. Nie wszystkie tomy są łatwo dostępne, więc wznowienie tego klasycznego dziś tytułu w ekskluzywnym wydaniu to jeden z tegorocznych strzałów w dziesiątkę.

Opowieści o Hellboyu to iście to wybuchowa mieszanka, łącząca ze sobą komiks akcji i lovecraftianski horror, doprawiony budzącym grozę folklorem z różnych części świata i retrofuturyzmem przedstawiającym alternatywną historią II wojny światowej. Niniejsza książka zbiera dwa pierwsze tomy przygód Piekielnego Chłopca, pracownika specjalnej jednostki zajmującej się zjawiskami paranormalnymi. Nasz bohater jest niezwykłą postacią przypominającą diabła ze spiłowanymi rogami i nienaturalnie wielką kamienną prawą ręką, którą może zadawać przeciwnikom potężne ciosy. Pierwszy tom opowiada o jego starciu ze śmiertelnie groźnym Rasputinem i dotyka tajemnicy genezy Hellboya, która dopiero będzie przed czytelnikiem odkrywana. Niemniej już w pierwszym tomie dowiadujemy się, że bohater został sprowadzony na ziemię z piekła w czasie II wojny światowej, i tylko przypadkiem trafił w ręce aliantów. Drugi tom traktuje o podróży protagonisty do Rumunii i jego starciu z pozostającymi do tej pory w ukryciu nazistami i potężnym, starym wampirem Giurescu. Mimo iż opowiada zupełnie inną historię, to w wątkach pobocznych dalej drąży temat genezy Hellboya i drugowojennych poczynań demonicznego Rasputina, których konsekwencje kładą się cieniem na współczesności.  



Mignola, nim podjął pracę nad Hellboyem znany był jako znakomity rysownik, ale mimo iż miał świetny koncept, to chyba obawiał się pisania scenariusza samodzielnie, bo o pomoc przy pierwszej zawartej tu opowieści poprosił słynnego komiksowego rzemieślnika Johna Byrne. Przy drugim tomie ośmielił się i pisał go już sam, i widać w nim, że niepotrzebnie się obawiał bo wyszło znakomicie.  

Kreska Mignoli jest bardzo swobodna i zarazem ekspresjonistyczna. Autor nie stara się rysować na siłę realistycznie, i pozwala sobie na sporo umowności. Niemniej wszystko w tych ilustracjach pozostaje klarowne i czytelne - nie bez powodu Mignola zyskał miano twórcy wybitnego, bo Hellboy to komiksowe mięso najwyższej próby. Barwy są utrzymane w ciemnych tonacjach i podkreślają horrorowy rodowód tej historii. We wstępie do tego tomu, redaktor serii Scott Allie wymieniając inspiracje Mignoli, wskazuje na samych amerykańskich twórców. Wszystkie figurujące tam nazwiska są raczej nie trafione, bo autor ewidentnie najwięcej ukradł ze stylu europejskiego mistrza komiksu - Hugo Pratta. Gdyby zdjąć z rysunków Mignoli barwy, to ilustracje byłyby bratnio podobne do tego co znajdujemy w słynnych przygodach Corto Maltese. Zresztą, Mignola raczej się z tym nie krył, gdyż pomysł uczynienia jedna z postaci opowieści Rasputina zaczerpnął właśnie od Pratta, u którego szalony mnich pojawiał się nie raz.  

Świat wykreowany w Hellboyu, mimo iż miesza ze sobą wiele elementów, jest bardzo spójny. To uniwersum tętniące życiem, zaludnione koszmarami utkanymi z budzących grozę mitów z całego świata, z którymi przychodzi się zmierzyć głównemu bohaterowi. Mimo iż przez lata Mignola doczekał się wielu naśladowców, a motyw historii alternatywnej drugiej wojny światowej jest bardzo popularny, to cykl o Piekielnym Chłopcu pozostaje dalej niezwykle świeży i nie do podrobienia.

The Black Monday Murders - Hickman i Coker

Tekst pierwotnie ukazał się na stronach Wirtualnej Polski


Nowa oficyna Non Stop Comics pogrywa odważnie i wciąż wprowadza na rynek premierowe tytułu ze stajni Image Comics. Przypatrzmy się następnej serii z ich katalogu, mrocznemu komiksowi napisanemu przez Jonathana Hickmana i zilustrowanemu przez Toma Cokera. 

"The Black Monday Murders" należy do bardzo rzadkiego gatunku horroru korporacyjnego, którego bogiem jest ponury pisarz Thomas Ligotti – twórca bardziej wpływowy niż słynny. Niemniej, mimo iż znajduję tu kilka cech wspólnych z jego dziełami, to trudno się tu dopatrywać bezpośrednich nawiązań do dorobku tego współczesnego mistrza grozy. Komiks napisany przez Hickmana to autonomiczna i bardzo oryginalna pozycja, której nie przyrównałbym do czegokolwiek co do tej pory czytałem.  



Wszystko zaczyna się od morderstwa jednego z potężnych rekinów finansjery, a śledztwo poprowadzi detektyw, który prócz tradycyjnych metod nie boi się sięgać po sposoby z asortymentu bardziej pasującego do Johna Constantine, słynnego egzorcysty z komiksu "Hellblazer", niż zwykłego policjanta. Skomplikowana intryga, miesza aspekty ekonomiczne z okultyzmem i bazuje na jednej z teorii spiskowych o tym, że światem rządzi ogromna, wszechmocna organizacja finansowa. W historii tej legenda dodatkowo ubrana została w mistyczne szaty, gdyż w świecie tu przedstawionym istnieje magia. W komiksie Hickmana, krachy na giełdzie (zdaje się, że tytuł serii wziął się od wariacji na temat "czarnego czwartku") ukazane są jako przypieczętowane krwawymi rytuałami złowieszcze tąpnięcia w rzeczywistości, które wpływają na losy ludzi na całym świecie. Pieniądz jest Bogiem i żywiołem któremu nic nie może się oprzeć, a zwykli obywatele zaledwie niewolnikami pracującymi na chwałę czegoś wielkiego, mrocznego i potężnego, co wykracza poza pojmowanie przeciętnego umysłu. 



 Opowieść snuta przez Hickmana jest bardzo mroczna i tajemnicza, jednak nawet w połowie nie byłaby tak klimatyczna jak jest gdyby nie rysunki Tom Cokera. Realistyczna kreska, okraszona ciemnymi, zgaszonymi barwami nałożonymi przez Michaela Garlanda znakomicie podkreśla atmosferę tej historii. Warstwa plastyczna, mimo iż została w całości stworzona na komputerze wygląda znakomicie, i spokojnie postawiłbym Cokera obok współczesnych tuzów komiksu realistycznego takich jak Sean Phillips czy Michael Lark.


"The Black Monday Murders" nie należy do lekkich lektur. Wątków i postaci jest tu dużo, a atmosfera jest dość zawiesista. Niemniej jest to też lektura inteligentna, intrygująca i bardzo satysfakcjonująca. Co prawda tytuł ten nie stara się być dziełem artystycznym, ale zamiast tego znakomicie odnajduje się na przecięciu gatunkowym, między komisem komercyjnym a ambitnym autorskim dokonaniem.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Życie i czasy Dona Rosy

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach RYMSu.



Komiks dziecięcy w naszym kraju wciąż jeszcze kojarzy się z nieśmiertelnym Kaczorem Donaldem, który przy okazji jest adresatem większości inwektyw kierowanych w stronę opowieści obrazkowych. Oskarża się go o infantylizm, a jego twórców o wyrobnictwo. Jakość publikacji bywa różna, ale w ciągu niemal stu lat istnienia korporacji Disneya przez ich deski kreślarskie przewinęły się prace autorów nieprzeciętnych, a także takich, których twórczość jest dziś uznawana za wybitną. Jednym z nich jest Don Rosa.  

Obywatel Sknerus  

Jego najważniejszy komiks, "Życie i czasy Sknerusa McKwacza", to biografia fikcyjnej osobistości, najbogatszego kaczora świata, wymyślonego w latach czterdziestych przez Carla Barksa. Na filmie zamieszczonym na YouTubie, w którym Rosa oprowadza widzów po swoim domu, można dostrzec, że w jego pracowni, prócz niesamowitego zbioru kaczych dewocjonaliów, znajdziemy pokaźną kolekcję kina z początków XX wieku. Są tam dzieła Davida W. Griffitha, Charliego Chaplina, Fritza Langa, Harolda Lloyda. To zapewne przejaw miłości do klasycznego kina, ale również encyklopedia pomagająca w pracy, niezastąpione źródło informacji na temat strojów i innych realiów ówczesnego życia. Rosa jest bowiem do tego stopnia wierny komiksom Barksa, że niemal wszystkie swoje historie osadza na przełomie XIX i XX wieku.  

Pochodzący ze starego szkockiego klanu Sknerus McKwacz to postać wykreowana w czasach wielkiego kryzysu, ma więc trudny charakter i cechuje go szorstkość ludzi żyjących w tamtym okresie. Jego historia to również historia kolonizacji i emigracji zarobkowej – zanim osiadł w Ameryce, podróżował po całym świecie. Elementy, wokół których Rosa buduje fabuły swojego cyklu, były wspominane na łamach komiksów Barksa. Czasem wydarzenie, o którym Sknerus ledwie napomknął, urasta w komiksie Rosy do pełnometrażowej historii. Z serii opowieści stworzonych w charakterystycznym dla "Kaczora Donalda" kilkunastostronicowym standardzie, zebranych i wydanych w tym grubym albumie, wyłoniła się pełna goryczy epicka saga, ujęta w konwencję powieści awanturniczej.  

Brzmi poważnie. Czy to jeszcze komiks dla dzieci? – spytamy. Sam autor w wywiadach przyznaje, że nie zaprząta sobie tym głowy. Tworzy po prostu przejmujące historie, które sam chciałby przeczytać. Nie ma tu prostego dydaktyzmu, a nad całym cyklem wisi głęboki, uniwersalny morał, przypominający o tym, co jest w życiu najważniejsze i ile możemy przegapić, jeśli będziemy pędzić ślepo za pieniędzmi. Warto podkreślić, że nie są to komiksy szczególnie trudne w odbiorze. Przepełnione są humorem sytuacyjnym i mają wartką akcję, dzięki czemu z satysfakcją mogą je czytać nawet młodsze dzieci. Jednak dla mnie "Życie i czasy…" to przede wszystkim opowieść o samotności. W komiksie tym, uchodzącym dziś za arcydzieło, prócz hołdu dla Barksa i książek przygodowych odnajdujemy odwołania do Dickensa, twórczości (i życia) Jacka Londona, do "Obywatela Kane’a" Orsona Wellesa – i to zapewne mały odsetek odwołań, które tam znajdziemy, bo o relacjach komiksów Rosy z innymi dziełami powstały już prace doktorskie. Intertekstualność jego komiksów nie działa w jedną stronę. Kilka lat temu serwisy filmowe obiegła anegdota, że pomysł na "Incepcję" zaczerpnięty jest z jednego z komiksów z Kaczorem Donaldem. Oczywiście chodziło o komiks Rosy, "Czy to jawa, czy sen?" ("The Dream of a Lifetime"). 

 Artysta czy rzemieślnik?  

W takich korporacjach jak imperium Disneya nie ma sentymentów, nawet dla twórców tej klasy co Rosa. I sam Rosa bardzo źle wypowiada się o tym koncernie. Przez wiele lat udawało mu się unikać kontaktu z firmą matką, współpracował za to z wydawcami mającymi prawa do kaczych komiksów – najpierw z amerykańskim Gladstone Publishing, potem z europejskimi filiami. W czasach, gdy zaczął tworzyć komiksy ze Sknerusem, zabraniano twórcom nawet podpisywać się pod swoimi pracami (wielu ludzi tego nie dostrzega, ale Disney do dziś niechętnie eksponuje nazwiska autorów). Prócz tego Rosa, tworząc komiksy, musiał dostosowywać się do norm i rozpisywać swoje opowieści na określoną liczbę stron, by mieściły się w wydaniach zeszytowych. Żeby opowiadać bardziej rozbudowane historie, nauczył się upychać na planszach jak najwięcej wydarzeń. Stał się w tym prawdziwym mistrzem. Jego kadry są często bardzo złożonymi piktogramami, w których wiele dzieje się na drugim planie.  

Można by pomyśleć, że w komiksach Rosy liczy się głównie gawędziarstwo, bogata narracja. Trzeba jednak obiektywnie stwierdzić, że mimo braku wykształcenia plastycznego rysuje on znakomicie. Jego grafiki są tak efektowne, że wielu czytelników uznaje go za najlepszego ilustratora kaczych komiksów. Z wykształcenia Rosa jest inżynierem i odbija się to na jego sposobie pracy. Gdybyśmy przyjrzeli się temu, czego używa w pracowni (na przykład niezliczonej ilości szablonów, które wykorzystuje do rysowania monet i innych detali), stwierdzilibyśmy, że jego warsztat jest wielce osobliwy.  

Kreska w komiksach Rosy jest bardzo gęsta. Widać też, że przykłada on wielką wagę do szczegółów, krajobrazów i architektury. Jego styl jest najchętniej zestawiany z grafikami Barksa, ale doczekał się również porównań z najważniejszym twórcą komiksowej kontestacji – ojcem obrazoburczego "Kota Fritza", Robertem Crumbem. Zestawianie artysty odpowiedzialnego za „dedisneizację” komiksowych animorfów z twórcą pracującym dla tego koncernu wydaje się niedorzeczne, ale sam Rosa przyklaskuje temu porównaniu. Zdaje mi się, że zgodziłby się z tym i sam Crumb, ponieważ często przyznaje, że jest samoukiem, którego w dzieciństwie kształtowała twórczość Barksa.  

W 1995 roku Rosa został uhonorowany nagrodą Eisnera, najważniejszym branżowym wyróżnieniem. Mimo że zdobył uznanie w rodzimym środowisku komiksowym, spotkał go los podobny do losu wielu amerykańskich pisarzy – jest twórcą popularnym głównie w Europie. Największą estymą cieszy się we Włoszech, w Skandynawii i w Niemczech. Ciekawe jest również to, że jego komiksy tworzone przed okresem disnejowskim współcześnie zostały wznowione tylko w Norwegii. Na szczęście dla reszty świata – w angielskiej wersji językowej.  

Polska, jeśli chodzi o liczbę wydanych dzieł Rosy, nie należy do czołówki. Ale jeśli liczbę jego prac opublikowanych w naszym kraju porównamy na przykład z liczbą opublikowanych w Polsce dzieł Carla Barksa (ukazało się u nas bardzo mało dłuższych, czyli ważniejszych historii jego autorstwa), uznamy, że mieliśmy całkiem sporo szczęścia, bo wyszły u nas niemal wszystkie komiksy Rosy. Niestety, poza dość łatwo dostępną zbiorczą edycją "Życia i czasów Sknerusa McKwacza" historie jego autorstwa są rozproszone w wydaniach zeszytowych. 

 Pisząc ten tekst, próbowałem zebrać wypowiedzi twórców i publicystów na temat Dona Rosy. I okazuje się, że wszyscy dobrze znają to nazwisko, wiedzą, jak cenionym jest autorem, ale nie są w stanie powiedzieć, co go spośród ludzi pracujących z kaczymi komiksami wyróżnia, dlaczego warto sięgać akurat po jego historie. Co ciekawe, pokolenie dzisiejszych dwudziestolatków, których dzieciństwo zbiegło się z pierwszym polskim wydaniem "Życia i czasów Sknerusa McKwacza", zdaje się w pełni rozumieć jego fenomen. Pozostaje mieć nadzieję, że wznowienie tego komiksu sprawi, że po dzieła autorstwa Rosy sięgną kolejne rzesze czytelników – dzieci i dorosłych

wtorek, 5 grudnia 2017

Wolverine - Jason Aaron

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski 





Marzenia czasem się spełniają. Potwierdza to historia kariery Jasona Aarona - w 2001 r. autor wziął udział w konkursie zorganizowanym przez Marvela i na pewnym konwencie wrzucił jednostronicowy scenariusz o Wolverinie do skrzynki zbierającej zgłoszenia. Wygrał, a komiks który powstał na jego podstawie można przeczytać w opisywanym tomie.  Zachęciło go to do kolejnych kroków, zaczął pisać scenariusze i kilka lat później dorobił się własnych serii, które uzyskały kultowy status. W końcu dotarł na sam szczyt i zaproponowano mu pisanie skryptów do największych tytułów z rynku komiksu superbohaterskiego. Między innymi właśnie do Wolverine'a.  

Tom opatrzony numerem jeden to opasła antologia zbierająca komiksy narysowane do scenariuszy Aarona, który pisaniem przygód Rosomaka zajmował się wiele razy na przestrzeni ostatnich dwóch dekad. Zazwyczaj w tego typu publikacjach jakość prezentowanych historii jest różna, ale tym razem poziom jest bardzo równy. Niestety, wszystkie zebrane tu opowieści łączy jedno - są bardzo przeciętne. W trakcie lektury cały czas towarzyszyło mi wrażenie, że to rzecz, którą Aaron tworzy, by zapłacić rachunki, a nie historia powstała z potrzeby serca. Owszem, czuć, że dobrze mu się ten komiks pisze, bo tworzy świetne wewnętrzne monologi Rosomaka, ale sama fabuła to typowa superbohaterska pulpa z dużą ilością prania się po mordach. Coś, co widzieliśmy już setki razy na kartach innych komiksów. Nie jest to co prawda pozycja bardzo zła, ale do miana bardzo dobrej też jej daleko. Dużym minusem jest też fakt, że Aaron pisał te komiksy z doskoku, pojawiając na łamach serii niejako gościnnie, przez co akcja nie zachowuje ciągłości fabularnej - wszystko jest dziurawe jak szwajcarski ser, bo nie znamy kontekstu opowiadanej historii i czytamy tylko wycinek większej całości, a nie pełnoprawną powieść graficzną. Być może Aaron (jak zapewnia we wstępie) pisząc Wolverine'a spełnia swoje marzenia, ale historie te nie trzymają poziomu jego znakomitych autorskich projektów, genialnych serii: "Skalp", "The Goddamned" i "Bękarty z południa". 



W czasie pracy nad przygodami rosomaka Aaron pracował z różnymi rysownikami. Chciałbym napisać o nich coś dobrego, ale prawda jest taka, że ich prace są również przeciętne co scenariusze Aarona. Być może pod komputerowo nakładanymi kolorami czai się gdzieś zdolny twórca, ale mi nie było dane zachwycić się stylem któregokolwiek z prezentowanych tu rysowników. Jest rzemieślniczo i poprawnie, bez jakichkolwiek fajerwerków.

Na koniec, ostatecznie rozliczając się z tym tytułem i niejako broniąc twórców przypomnę, że Wolverine nigdy nie miał szczęścia do dobrych historii i komiksy wybitne w których gra główne skrzypce, można policzyć na palcach jednej ręki. Niemniej, to właśnie dlatego z dużą nadzieją sięgałem po ten tom i jest mi najzwyczajniej przykro, że tak niemiło zawiodłem się na pracy Aarona, który przecież jest wybitnym scenarzystą i stać go zdecydowanie na więcej. Wielka szkoda, że ta bajka się tak pięknie zaczęła, a kończy się tak smutno. 


Head Lopper - & Wyspa albo Plaga Bestii



 Tekst pierwotnie ukazał się na Wirtualnej Polsce


Na rynku komiksowym pojawił się nowy gracz – Non Stop Comics. Wydawca działa odważnie i wprowadza na półki księgarskie całą gamę tytułów ze skupiającej niezależnych twórców amerykańskiej oficyny Image. Jednym z nich jest "Head Lopper" prezentujący dość nietypowe spojrzenie na komiks w konwencji fantasy. 

Wielki dekapitator Norgal (czyżby prztyczek w kierunku Thorgala?), zabójca monstrów przypominający aparycją i charakterem słynnego Conana barbarzyńcę, przybywa na wyspę Barra wykonać serię zleceń, ponieważ krainę tą prześladuje plaga potworów. Można by pomyśleć, że jest typowym samotnym bohaterem, gdyby nie zawartość jego worka w którym tkwi urżnięta głowa wiedźmy Aghaty Błękitnej. Mimo iż łeb został dawno ucięty, to nie przeszkadza mu być niezwykle gadatliwym, przez co wiele razy staje się źródłem komicznych sytuacji. Podczas pobytu na Barra Norgal szybko wchodzi w konflikt z tamtejszymi duchownymi, ale pozostaje na wyspie bo zleceń jest dużo. Jedno z nich otrzymuje od samej królowej, lecz nie wie, że przy okazji wpląta się w znacznie większą kabałę niż przypuszczał. Ktoś czai się na jego głowę. Dosłownie i w przenośni, bo łotr chce zabrać mu łeb czarownicy, który może zostać użyty w niecnych celach.


Na pierwszym planie "Head Lopper" jest opowieścią heroic fantasy, ale trudno postrzegać go tylko w tych ramach. To również historia stworzona w duchu komiksu niezależnego, a także znakomita czarna komedia ze świetnie wykreowanym uniwersum i znakomicie zarysowanymi, sympatycznymi głównymi bohaterami - dokładnie z jednym bohaterem, i wspomnianą uciętą głową. To także opowieść pełna akcji, w której odcięte monstrom łby liczą się w dziesiątkach sztuk. Wszytko to sprawia, że świat "Head Loppera" jest miejscem do którego chce się wracać, więc z niecierpliwością wyczekuję już następnego tomu. Trudno mi dopatrzeć się minusów tej historii, i chyba jedynym jest fakt, że nie jest to komiks głęboki i poruszający ważkie tematy, ale tych przecież na rynku jest sporo, a oprócz wydawanego przez studio laine „Slaine'a” brak u nas naprawdę dobrego pulpowego fantasy.

Styl Andrew Macleana to rozbuchany, zwariowany cartoon z semirealistycznie, ale też bardzo ekspresyjnie narysowanymi bohaterami. Rysunki te najczęściej porównywane są do grafik twórcy "Hellboya" Mike'a Mignoli. Przytaknę, ale dodam, że mi przypominają też trochę naznaczoną cartoonem kreskę wielkiego europejskiego twórcy - Davida B. Grafiki te znakomicie komponują się z komputerowo nałożonymi kolorami za które odpowiedzialny był Mike Spicer. Barwy są dość rozbuchane i jaskrawe, ale idealnie dopełniają dzieła, bo znakomicie podkreślają cartoonowość rysunków Macleana. Co istotne nie naśladują mrocznych barw jakie nakładane są na pracę Mignoli, przez co oddzielają twórczość obu panów grubą kreską.

Pozostał jeszcze grudzień, w którym czytelników zaleje prawdziwa fala nowości, więc wiem, że jeszcze nie czas ferować takie wyroki, ale szczerze przyznam, że jak na razie "Head Lopper" jest najlepszym nowym komiksem jaki przeczytałem w tym roku i wątpię czy cokolwiek go przebije. To pozycja świeża, zabawna, szalona, pełna pasji i energii komiksu undergroundowego, a przy tym pulpowa i wpisująca się w ramy gatunkowe charakterystyczne dla głównego nurtu, co czyni z niej dzieło o szerokim targecie. W swojej kategorii to prawdziwe arcydzieło komiksu XXI wieku.